Moja Żona ma wielki talent do aktów strzelistych. Czasem jak coś powie- warto to zapisać- żeby nie umknęło z panteonu tzw.prawdziwej kobiecości… Wstrzeliwuje się w samą, przysłowiową setkę… Gdy wczoraj zaproponowałem jej opowieść o koprocesorze- rzuciła nieśmiało:- “Czy to ma coś wspólnego z koprofagiem?”- Nie zaprzeczyłem- bo jestem gentlemanem (moja Żona zawsze to zauważa i docenia). Więc gdy dziś filozoficznie stwierdziła, że kura przy niej samej to jakiś Salomon- grzecznie w duchu zatrzymałem się mentalnie nad dziwną wymową jej (żonki- nie kury) stwierdzenia…
Kocham moją Żonę. Ale wolę, gdy swoje wybujałe emocje przeżywa sama. Dotrzymuję jej kroku tylko w kwestiach przynależnych do świata *ratio*. Zresztą- chociaż mawia, że jest ze mną samotna- w głębi duszy na pewno zadowala ją, że nie paskudzę jej emosfery moją chłopską filozofią.






